sobota, 27 kwietnia 2013

Rozdział VI

Następny rozdział. Mam nadzieję, że się podoba. Dziękuję szczególnie stałej czytelniczce Freddie Wentz ( jej blog http://bol-przejdzie-z-czasem.blogspot.com/ ) oraz Malani Zabini ( tu jest jej blog http://noowy-hogwart.blogspot.com/ ). Zapraszajcie innych do czytania bloga, a szczególnie KOMENTOWANIA!!! Mam również nadzieję, że weszliście w nową zakładkę o bohaterach, choć uboga, ale w niedługim czasie się zmieni :D/ Luna
***
Wreszcie. Dzień oczekiwany przez Toma nadszedł. Wyjazd do Hogwartu. Nie mógł się skupić na niczym, w pośpiechu zjadł śniadanie, ubrał się, porwał walizkę oraz klatkę z Merlinem i wyszedł bez słowa. Szedł już wolniej, ale był coraz bardziej podekscytowany, co jednak wpływało na jego kroki. Miał ochotę wykrzyczeć to całemu światu, że jest tak szczęśliwy jak nigdy. Mógł odpocząć od tych wrzeszczących dzieci i opiekunki, równie wkurzającej. Teraz nic mu nie zepsuje humoru. 10 miesięcy w nowy miejscu, w którym nawet nie był, ale wiedział, że i tak będzie lepiej.
Oby spotkał Marka. Ale pewnie będzie zajęty innymi przyjaciółmi. To nic. Ma książki, może ktoś wpadnie przypadkiem i się z nim zakoleguje. Niemożliwe, ale może jednak?
Gdy dotarł na King's Cross zaczął szukać peronu 9 i 10. Jest. Podszedł i spojrzał z niepokojem. Czy na pewno nic mi się nie stanie? - pomyślał Tom. - No nic zaryzykuję.
I rozbiegł się. Zacisnął oczy z całej siły. Nie rozkwasił się o ścianę, ale poczuł lekki zapach spalin. Otworzył powoli oczy, przecież to niemożliwe. Znalazł się na peronie 9 i 3/4. Pod tabliczką z numerem peronu była druga z napisem Express Hogwart. Dobrze trafił. Było niesamowicie głośno, wszędzie dzieci i ich rodzice. Żegnali się, jakby mieli się nie widzieć do końca życia. A on odszedł z sierocińca bez słowa. Oczywiście dyrektor wiedział, że wyjeżdża na dłuższy czas.
Wśród tłumu Tom szukał wzrokiem Marka. Nagle ktoś lekko stuknął go w ramię. Już wiedział kto to był.
- Cześć!
- No witam. Dałeś radę przejść przez barierkę? Szacun, ja za pierwszym razem mało się nie rozpłakałem. A właśnie! To są moi rodzice. Mama Kate i tata Nathan. Mamo, tato, to jest Tom. - chłopiec uśmiechnął się i podał rękę Kate, a później Nathanowi.
- Witaj Tom. Pierwszy rok? - spytał ojciec Marka. - Życzę powodzenia, chłopcze. Mam nadzieję, że dobrze ci pójdzie. Tak jak Markowi.
- Och tato. Coś przeczuwam, że Tom będzie o wiele lepszy. Tom, chodźmy już do pociągu, bo za 2 minuty odjeżdża. Znajdźmy sobie przyzwoity przedział. Cześć mamo. - Mark przytulił swoją rodzicielkę. - Żegnaj tato.
- Pa kochanie. Ucz się pilnie, musisz mieć dobre wyniki z Owutemów. I pomagaj Tomowi. Trzymam kciuki.
- Dobrze. - Mark uśmiechnął się i weszli razem do pociągu. Znaleźli przedział bardzo szybko.
- Gdy ruszymy, ja będę musiał na chwilę odejść. Do przedziału prefektów. - dodał widząc minę chłopca.
Usiedli spokojnie i zaczęli rozmawiać. Tom był zdziwiony zachowaniem Marka. Dlaczego nie poszedł do przyjaciół, tylko siedzi z nim? To wydaje się podejrzane.
Z rozmów wyrwał ich ciepły i kobiecy głos.
- Witajcie kochaneczki, podać coś?
Chłopcy kupili sobie dużo słodyczy. Zjedli trochę i Mark odszedł.
- To cześć, chyba już nie wrócę. Za niedługo możesz się przebrać w szaty szkolne.
Mark zasunął drzwi przedziału. Cisza.
Stuk, stuk, stuk.
Tom siedział przodem do szyby. Pewnie ktoś biega na korytarzu.
Stuk, stuk, stuk.
Tom odwrócił się. Jakiś chłopiec pukał do przedziału.
- Mogę wejść?
- Jasne. - odpowiedział Tom.
- Dzięki. Nikogo nie znam, pytałem wszystkich, ale nikt mnie nie chciał. - chłopiec jeszcze bardziej posmutniał.
- Jak masz na imię?
- Alfie, Alfie Regstone. A ty?
- Tom Riddle. Która klasa? Bo ja 1.
- Ja również. Najbardziej chciałbym trafić do Slytherinu. Tak jak mama i tata.
- To oboje są czarodziejami?
- Tak.
- Może będziemy razem w Slytherinie. - Tom uśmiechnął się, a Alfie odwzajemnił uśmiech.
Tomowi Alfie wydawał się miły, trochę zestresowany, głos mu drżał.
Ale po paru minutach rozluźnił się i rozmawiali bez ogródek. Może to będzie mój przyjaciel? Ja go już lubię, a ciekawe czy on mnie lubi. Tom był już bardzo szczęśliwy.
- Przebierzmy się już. - zaproponował Tom.
- Ok. - odparł Alfie z uśmiechem.
Chłopcy się przebierali, a pociąg zaczął powoli zwalniać. Już niedaleko, pomyślał Tom. Niedaleko do Hogwartu, daleko od sierocińca. O tak, wreszcie wyrwał się z szarej rzeczywistości. Jednak ktoś chciał ubarwić mu życie.
***
Koniec. Znowu krótko ;___; Mam nadzieję, że dalej czytacie bloga, bo już ponad 400 wejść. Dzięki kochani :3 / Luna

środa, 17 kwietnia 2013

Rozdział V

No cześć, cześć. Tego posta dedykuję Martynie Kosińskiej ;3 . Mam nadzieję, że blog się podoba :D
Czytelników przybywa, a mordka cieszy mi się jeszcze bardziej. Czytać mi ten rozdział, jeśli jesteście ciekawi :D / Luna
***
Lovensee. Można się zakochać. Pomieszczenie było ogromne, pomalowane na kolor cappucino. Miejsce cudowne, pełno słodyczy na półkach. Wiele smakołyków było w słoikach, na których zostały przyklejone etykietki z nazwą słodyczy. Tom podszedł do jednej z półek. Na pierwszym słoiku było napisane: Cynamonowe ogniki
Chłopiec przeczytał jeszcze więcej nazw słodyczy takich jak: szyszki morelowe, gniotki pieprzne, truskawkowe niebiosa, skrętki lizusowe, margaretki struclowe i wiele, wiele innych. Pod niektórymi była mniejsza naklejka z napisem: UWAGA! Może wypalić wnętrzności. 
- Witam, panie Jeckins. Jak interes? Rozkręca się? - Mark mówił do właściciela jak do przyjaciela.
- Aaa... Dobrze, dobrze. Dużo klientów, dziś wyjątkowo mało. Pewnie na Pokątnej. A co nowego u ciebie?
- Planuję pracę w Ministerstwie Magii.
- W którym Departamencie?
- Staram się o pracę w Departamencie Magicznych Gier i Sportów. Jestem kapitanem drużyny Ślizgonów, więc mam doświadczenie, nieduże, ale jest. Jeśli nie wyjdzie w Ministerstwie, będę grał jako ścigający Blantów z Liverpool'u.
- Kibicuję im. Życzę powodzenia. A kim jest ten chłopiec? - spytał pan Jeckins z uśmiechem.
- To jest mój znajomy, Tom. Tom Riddle. Idzie do Hogwartu w tym roku.
- Ahh... Życzę ci dobrych wyników Tomie.
- Dziękuję proszę pana.Mam nadzieję, że również znajdę przyjaciół.
- No, jednego już masz. - Tom nie mógł uwierzyć w słowa Marka. Chłopiec uśmiechnął się do przyjaciela, tak przyjaciela. Myślał, że to gbur, jednak jest fajny.
- Kochani, chcecie coś kupić? - spytał uprzejmie pan Jeckins.
- A co pan poleca?
Spędzili jakąś godzinę w sklepie, a później wyszli.
- Pójdziemy do parku?
- Jasne. Nie będzie ci przeszkadzało, że masz młodszego o 6 lat kolegę?
- Nie, a dlaczego. Polubiłem cię. - Mark miał piękny uśmiech. Nie zdziwiłby się gdyby rzucił się na Marka tłum dziewczyn.
- Czy w Hogwarcie są oceny? I czy są trudne lekcje?
- Nie ma ocen. Są tylko punkty dla domów, dodawane lub odejmowane. Można też zarobić szlaban. W tym roku nie ma być zmian nauczycieli. Ale słyszałem, że obecny dyrektor, Armando Dippet, coraz gorzej się czuje. Nie powinni na razie zmieniać dyrektora. Ten jest dopiero jakieś 10 lat. Mój starszy brat szedł do 1 klasy, gdy on został przyjęty.
- Gdzie pracuje twój brat?
- W Grecji, przy hipogryfach. Mają ich tam cale stada. Byłem raz.
- Hipo... Czym?
- Hipogryfy, to zwierzęta pół orzeł, pół lew. Lubię te zwierzęta. Sam mam w domu pufka, takie małe, puchate zwierzątka - dodał widząc minę Toma. - i sowę Jose.
- Już się nie mogę doczekać wyjazdu do Hogwartu. Ten sierociniec mnie dobija.
- Nie martw się, dasz radę.
- Powinienem. Już przeczytałem kawałek Historii Magii i Transmutacji. Postanowiłem sobie, że będę dobrym uczniem. Byleby mi się nie odechciało.
- Poradzisz sobie. Będę ci pomagać, jeśli nie dasz radę. Uczę się dobrze, w większości ja zbieram punkty dla Slytherinu. Mam nadzieję, że ty też będziesz Ślizgonem.
- Też mam taką nadzieję.
Spacerowali po parku, a Mark opowiadał przyjacielowi o Hogwarcie, o quidditchu, przedmiotach i magii. Tom był zafascynowany całą opowieścią. Chciał zdobyć całą wiedzę o magii i starać się opanować ją z całych sił. Da radę.
***
Koniec. Krótko, słaba wena. Ale to nic następny postaram się dłuższy :D / Luna

piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział IV

Dziś się pospieszyłam :D Wena mnie nie odpuszcza. I dobrze. Cieszę się z statystyk. Już ponad 120 odwiedzających :D Mordka mi się cieszy jak widzę, że ktoś interesuje się moim blogiem. No więc czytajcie 4 rozdział :D / Luna
***
Tom obudził się wcześnie. Była godzina 5.30. Czy to co się działo wczoraj było prawdą? Czy może to był bardzo długi sen? Długi, ale wspaniały. Humoru nie mogły mu popsuć nawet te rozdarte dzieci. Spojrzał w stronę klatki. Jednak nie sen. Uśmiechnął się i podszedł do sówki.
- Jakby cię tu nazwać? Może Charles?
Sówka popatrzyła mądrze na Toma.
- Nie, nie. Nie będzie ci pasować. Hmm... - Tom poszedł po podręcznik do Historii Magii. - Może tu coś znajdziemy?
Tom usiadł na łóżku, a z otwartej klatki wyleciała sówka. Po chwili usiadła na ramieniu Toma. Chłopiec czytał zawzięcie.
- Mam. Merlin. Będziesz się nazywał Merlin. - sówka się ożywiła. Zaczęła latać po pokoju. - Spodobało ci się.
Tom pogłaskał Merlina, a ta pieszczotliwie dziabnęła go w palec. Sówka poleciała do swojej klatki. Chłopiec spojrzał na ścianę, na której wisiał kalendarz. Odliczał w nim dni do końca wakacji. Zostało jeszcze 6 dni. Tak, 6 dni w tym okropnym sierocińcu. Tom nie raz wyobrażał sobie jak to będzie w Hogwarcie. Czy znajdzie przyjaciół? Nikogo jeszcze nie kochał, bo nie miał kogo.
Nagle ktoś zapukał.
- Tom, znów ktoś do ciebie! - opiekunka wyglądała na zdziwioną. Za jej plecami zobaczył kogoś znajomego.
- Cześć Mark!
- Witaj. Co u ciebie nowego?
Opiekunka zamknęła drzwi, zostali sami.
- Nic, Mark. Myślałem, że mi się wczorajszy dzień przyśnił.
- No to nie był sen, na szczęście. Jak nazwałeś sowę?
- Merlin. Znalazłem w Historii Magii. - Tom uśmiechnął się. Mięśnie twarzy miał zastygłe. Nigdy się nie uśmiechał, dopiero od jakiś 24 godzin dowiedział się, co to szczęście.
- Super. Pasuje mu. To co? Jadłeś śniadanie?
- Jeszcze nie.
- A może gdzieś pójdziemy? Na przykład do Lovensee?
- A co to jest Lovensee?
- To sklep w Londynie ze słodyczami. Jest tam bardzo tanio. To co?
- Okey, pójdziemy. Pójdę na śniadanie. Poczekasz w pokoju?
- Jasne. Smacznego.
Tom wyszedł. Zszedł schodami do jadalni. W sierocińcu nie roiło się od dzieci, ale nie było też mało. Było ich około 40.
Śniadanie zjadł w pośpiechu. Wszedł do pokoju, wziął trochę pieniędzy i poszli do Lovensee. Szli spokojnie rozmawiając.
- Mark? A jak wygląda Hogwart? Jak tam jest?
- Hogwart jest to wielki zamek, ma siedem pięter i lochy. Są cztery domy Gryffindor, Ravenclaw, Hufflepuff i Slytherin. Tiara Przydziału przydzieli cię do któregoś.
- A ty w którym jesteś?
- W Slytherinie. No jesteśmy na miejscu.
Stali przed budynkiem, z szyldem jakiejś pizzerii, której nazwy nie można było się doczytać.
- Lovensee jest ukryte. Ministerstwo Magii dało pozwolenie panu Jeckins'owi na otwarcie sklepu właśnie w tym miejscu.
Mark stuknął różdżką trzy razy w numer budynku, a po chwili końcówką różdżki przejechał powoli po klamce. Drzwi uchyliły się. W piękniejszym miejscu Tom nigdy nie był.
***
Koniec. Następny rozdział powinien pojawić się w następnym tygodniu,. Chyba, że wena mnie wcześniej najdzie :D / Luna

wtorek, 9 kwietnia 2013

Rozdział III


Witam kochani już 3 rozdział :D Wiem, że mam jedną czytelniczkę, a czy więcej nie wiem :D Piszcie komentarze, dla was to minuta a dla mnie pewność, że ktoś interesuje się jak to było z młodym Voldziem :D
***
Cisza. W pomieszczeniu zawalonym małymi pudełkami nie było żywego ducha.
- Dzień dobry? – powiedział cicho Tom.
Nadal cisza. Mark stał oparty o ścianę, czytał gazetę. Tom patrzył przez chwilę za okno. Z rozmyślań wyrwała go tajemniczy głos:
- Witaj. Ty pewnie jesteś synem Meropy?
- Przepraszam kogo?
- Tom, twoja matka miała na imię Meropa, Meropa Gaunt. – odpowiedział spokojnie Mark zza gazety.
- Dobrze Tomie. – odrzekł tym samym tajemniczym głosem Ollivander. – Pójdę poszukać dla ciebie różdżki. Już czuję, którą wzywa twoje serce.
Mężczyzna skierował się w stronę półki, za którą zniknął. Usłyszał dźwięk przesuwanej drabiny. Po 2 minutach przy ladzie pojawił się wytwórca.
- Spróbuj tą. – podał Tomowi różdżkę. – Szpon hipogryfa, 13 ¼ cala, odpowiednio giętka. Wykonana z grabu.
Tom spojrzał pytającym wzrokiem na różdżkę. Co miał nią robić? Rzucić zaklęcie?
- Ale ja nie znam żadnego zaklęcia.
- Wystarczy, że machniesz różdżką. – Ollivander odsłonił swoje szarawe zęby w uśmiechu.
Tom machnął różdżką. Trafił w okno. Mark odskoczył szybko.
- No nic, to nie ta. – wytwórca zniknął znów za półką, rzucając przy okazji zaklęcie naprawiające okno.
Po chwili wrócił trzymając następną różdżkę.
- Może ta? 13 ½ , cis, pióro feniksa, bardzo duża moc. Sprawdź.
Tym razem Tom od razu wziął różdżkę, chciał nią machnąć, ale stało się coś dziwnego. Różdżka, którą trzymał rozbłysnęła niebiesko-białym blaskiem.
- Czyli jednak ta!
- Ile płacę?
- 8 galeonów i 4 sykle.
Tom wyciągnął złote i srebrne monety, wyliczył i podał Ollivander’owi.
- Mam nadzieję, że będzie ci dobrze służyć.
Gdy Tom wychodził zobaczył uśmiech na twarzy wytwórcy. Na jego twarz wpadły promienie słoneczne.
- Teraz pójdziemy po podręczniki. Esy i Floresy, tam najlepiej kupić książki.
Cały dzień spędzili na kupowaniu różnych rzeczy, które były koniecznie potrzebne do uczęszczania do Hogwartu. Na końcu weszli do sklepu ze zwierzętami. Wzrok Toma przykłuła sowa. Była inna niż reszta sów. Przynajmniej tak mu się wydawało. Była czarna, bez plamek białych, szarych czy innych. Wyglądała na młodą, bo była mała. Ale o dziwo siedziała spokojnie. Nie szalała jak inne młode sówki, które siedziały w klatkach.
- Mark? Chcę kupić tą. – wskazał palcem na sówkę.
- Choć do kasy. Trochę trudno będzie się dostać, ale poczekamy.
Spędzili przynajmniej 30 minut czekając aż kolejka się przesunie. Kupili sowę za 5 galeonów. Wrócili przez Dziurawy Kocioł do mugolskiego świata.
- Odprowadzę cię do sierocińca. Mam nadzieję, że ci się podobało.
- Nawet bardzo. – pierwszy raz od wielu lat Tom szczerze się uśmiechnął.
- Cieszę się. Tu masz bilet na pociąg do Hogwartu. – podał mu biały kawałek papieru ozdobiony złotymi aplikacjami.
- Ale tu jest napisane, że mam pójść na peron 9 i ¾ . Tu jest chyba błąd.
- Nie, nie. Tak ma być. Masz wjechać w barierkę między peronem 9 i 10. Nic ci się nie stanie. Nie zderzysz się z ścianą jeśli się na niej skupisz. Żegnaj. Byle do 1 września.
Mark odszedł z uśmiechem na twarzy. Oj byle do 1 września.
- Już nie mogę się doczekać. – szepnął do siebie Tom i skierował się do swojego pokoju w sierocińcu obładowany wszelkimi potrzebnymi przedmiotami.
Gdy wszedł do pokoju, wziął książkę do Zaklęć. Czytał zawzięcie, pochłaniając każdą literę. Musiał się nauczyć wszystkiego. Postanowił to sobie. Zostaniesz najlepszym uczniem w Hogwarcie, pomyślał Tom. Zagłębił się również w książki do Transmutacji i OPCM. Po skończeniu lektury usnął. 
***
Mam nadzieję, że III rozdział się podobał. Miałam wenę, więc napisałam :D / Luna

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Chętni :D

Chciałabym zapytać, czy ktoś potrafi robić szablony na bloga? Zrobiłam byle jakie tło, a ogólny wygląd bloga mnie przeraża. Jeśli ktoś potrafi robić, proszę o zgłoszenie się na maila d-i-v-i-a-n-a@o2.pl lub na priv na fejsie fp : Harry, Ron i Hermiona, czyli świat J.K. Rowling albo w komentarzu poniżej :D Będę wdzięczna :D

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział II


Kochani, drugi rozdział. Specjalnie dla Gabrieli Zdańskiej, która prosiła o dłuuugi rozdział. Napisałam tyle ile dałam radę. Od razu mówię , że piszę nie tak jak było w książce :D Będę się podpisywać ^^ / Luna
***
Tydzień później Tom oczekiwał na przyjście kogoś z Hogwartu. Taa, jasne, bo jeszcze przyjdzie. Około godziny 11, jednak ktoś zapukał i wszedł. Nie wyglądał na starego.
- Witaj Tom. Jestem Mark Joells. Jestem Prefektem Naczelnym w Hogwarcie.
- Yyy... Kim?
- Prefektem Naczelnym.
- No więc tu mam listę książek do zakupienia. Skąd mam wziąć pieniądze? – zapytał Tom podając listę. Nie czuł sympatii do Prefekta.
- Masz na nazwisko Riddle, choć właściwie powinieneś Gaunt. Weźmiemy pieniądze z twojej skrytki. Pójdziemy na Pokątną. Chodź.
Tom był już ubrany. Te same ubrania od dawna. Nie miał mu kto kupić nowych. Wyszli z sierocińca, którego tak nienawidził.
- Pójdziemy do Dziurawego Kotła. Tam jest przejście na Pokątną.
- Yyy... No dobrze.
Co za nudziarz. Gada jak napuszony pacan. Ale nie odzywał się. Na szczęście Dziurawy Kocioł był blisko sierocińca. W DK nikogo nie było. No, nie pomijając barmana i jakiegoś faceta w pelerynie. Weszli na tyły baru, Mark stuknął różdżką w odpowiednią  cegłę na ścianie. Co on robi?? – pomyślał Tom. Ale o dziwo, ściana uformowała się w przejście, przez które przeszedłby nawet gruby człowiek. Mark machnął ręką zachęcając Toma do przejścia.
- No więc teraz idziemy do banku Gringotta. Ten wielki, biały budynek to on. Mam twój kluczyk, w sensie do twojej skrytki.
- No dobra.
Tom wyglądał jakby nie wiedział o czym Mark do niego mówi. Weszli do budynku. Wyglądał jak pałac. Tyle, że w pałacu nie ma goblinów. Siedzieli w rządku. Wszyscy byli skupieni na swojej pracy, jedni liczyli monety, a drudzy je ważyli. Tylko, że jakie. Były inne niż te które widział w swoim świecie.
- Zastanawiasz się pewnie co to za pieniądze?
- Noo, tak.
- A więc są galeony, sykle i knuty. 1 galeon to 17 sykli, 1 sykl to 21 knutów. Złoty to galeon, srebrne to sykle, a brązowe to knuty.
Podeszli do goblina, Mark podał mu kluczyk. Goblin wziął kluczyk i zaprowadził do drzwi.
- Ach ty nazywasz się...?
- To jest Tom Riddle. Jego dziadek to Gaunt. Więc z jakiej skrytki bierze pieniądze? Mugolskiej czy rodowej?
- Skoro ma kluczyk do rodowej skrytki, bierzemy właśnie z niej. – goblin wyglądał na ponurego. – Wsiadać!
Weszli do dziwnego pojazdu. Jadąc nim można byłoby z łatwością wypaść. Na szczęście były pasy. Jechali bardzo długo.
- Mark?
- Mmm?
- Gdzie my jedziemy?
- Do podziemi Gringotta. A dokładniej do skrytki Gaunt’ów.
Dojechali do skrytki, pojazd zatrzymał się. Zapadła cisza, przerywana pluskiem wody.
- Wychodzimy! – nakazał goblin.
Wyszli z pojazdu i skierowali się do przejścia, z łukiem. Napis nad przejściem głosił:
Ne quicquam non tuum*
Tom przeczytał to po cichu.
- Mark? Co tu pisze?
- Ne quicquam non tuum. – przeczytał Mark. - Nie znam łaciny. Przykro mi.
Gobli przejechał swoim długim, obrzydliwym paznokciem podrzwiach, a one otworzyły się.  Weszli do wielkiego pomieszczenia. Było pomalowane na biało ze srebrnymi ozdobnikami. Na końcu Sali były drugie drzwi. Ale to co tam zobaczył było straszne. Ogromny pająk, był przynajmniej na 5 stóp. Pająk usłyszał cichy tupot stóp. Z palca goblina wypłynęła mgiełka, która uformowała się w jeszcze większe stworzenie.
- Pająki boją się olbrzymów.
Przeszli do drzwi na końcu Sali. Pająk uciekł do kąta. Wchodzili do skrytki. O tak, wszędzie świeciło się od złota i srebra. Z boku Sali stała srebrna szafa. Tom otworzył usta, takiej ilości złota jeszcze nie widział.
- No więc bierz do tej sakiewki pieniądze. – Mark podał mu sakwę. – Będą bardzo potrzebne. Szczególnie na 1 roku.
Tom zgarnął do sakwy ze 40 galeonów i trochę sykli, knutów prawie nie brał. Spojrzał jeszcze raz  na skrytkę. „ To będzie moje. Muszę poznać tajniki magii.”
Wrócili na zewnątrz.
- Teraz idziemy do sklepu pana Ollivander’a. – na twarz Marka wbiegł uśmiech. – Sklep z różdżkami. Bez niej ani rusz, ale to wiadome. Nie ma co mówić.
Idąc do sklepu z różdżkami, Tom rozglądał się po ulicy. Był tam tłum ludzi. Sklepy różnokolorowe. Ciekawe do ilu dziś wstąpi. Doszli do sklepu Ollivander’a. Nacisnął klamkę i znalazł się raczej w ponurym miejscu.
***
*Nie bierz niczego co nie twoje
 No więc więcej nie napisałam muszę mieć wenę :D Notka powinna się znaleźć za tydzień :D / Luna

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Rozdział I


Czy te dzieci muszą się tak wydzierać? – myślał Tom. Nienawidzę tego miejsca. Te wszystkie dzieci, wesołe twarze. I z czego się tak cieszą? Bo nie mają rodziców? Chore. Z rozmyślań wyrwało go pukanie. Weszła jedna z opiekunek w sierocińcu.
- Tom! Ktoś do ciebie!
- Witaj Tom. Jestem Albus Dumbledore. – zwrócił się do opiekunki. – Może pani pójść? Chciałem z nim porozmawiać w 4 oczy.
Opiekunka wyszła. Tom podszedł do okna, a Dumbledore usiadł na jego łóżku.
- Czego chcesz? – spytał Tom.
- Najpierw zadam ci pytanie. Czy miałeś kiedykolwiek jakieś zdarzenia nad, którym mogłeś
”panować”? Może to co chciałeś akurat się stało?
- Tak, miałem takie przypadki. Dużo razy. Zawsze gdy ktoś mnie zdenerwuje, coś mu się staje.
- Więc przyczyną tego jest to, że jesteś czarodziejem. Ja jestem z Hogwartu, Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Uczę tam transmutacji. Przyszedłem do ciebie z propozycją uczęszczania do tej właśnie szkoły. Jesteś czarodziejem półkrwi. To znaczy, że jedno z twoich rodziców było czarodziejem, a drugie mugolem, czyli człowiekiem nie-magicznym.
- Czyli, które było mugolem?
- Twój ojciec.
- Czy mi się wydaję czy w twojej szafie jest coś co nie należy do ciebie?
- Skąd to wiesz? – powiedział z przerażeniem, ale i przekąsem jednocześnie, Tom
- Nie wolno ci zabierać rzeczy innym. W Hogwarcie nie wolno robić takich rzeczy.
- Ale...
- Żadnego ale. Więc? Zgadzasz się na uczęszczane do Hogwartu?
- Tak.
- Tu masz listę rzeczy do zakupienia na ulicy Pokątnej. Za tydzień przyjdzie tu ktoś z  Hogwartu i pójdziecie na ulicę Pokątną, po podręczniki i inne rzeczy potrzebne do nauki.
Do widzenia Tomie.
Ale Tom nie odpowiedział.
***
To pierwsza notka :D Krótko, wiem, mówicie o błędach. Proszę o liczne komentarze :*